Zbieram się. W sobie. Od dawna. Z różnym skutkiem. Czasem zatapiam się w codzienności, w małych przyjemnościach i zapominam o wszystkim, przez co przeszłam, o swoich lękach dotyczących przyszłości, o marzeniach, które przez chorobę stały się odległe i tych, które nigdy już się nie spełnią.

Trudno żyć pogodnie, gdy tęskni się za myślami, wizjami, potrzebami, do których się przywiązało, które nadawały sens, napędzały, motywowały. Trudno żyć szczęśliwie, gdy każda, nawet najmniejsza rzecz, przypomina o własnym niespełnieniu: niematerialnym i materialnym.

Szukam dla siebie miejsca, próbuję zdefiniować siebie na nowo i… nie wiem, kim jestem. Czuję się odłączona, niepowiązana z tym, co mnie otacza. Czuję się oderwana od siebie samej. Jestem daleko od innych i jeszcze dalej od siebie.

Proces leczenia ciała okazał się być procesem rozszczepiania, niszczenia psyche (optymistycznie można by założyć, że ten rozpad był po to, aby móc zbudować coś solidniejszego, lepszego). Lekarze ładowali we mnie chemię a ja ładowałam na siebie kolejne warstwy masek. Maski te miały chronić innych i mnie. Początkowo były dosyć elastyczne, przepuszczały powietrze, skóra oddychała. Z czasem stawały się coraz cięższe, grubsze, ograniczające swobodę ruchu, swobodę wypowiedzi, swobodę w wyrażaniu emocji. Ja się dusiłam, a na zewnątrz widać było silną osobę, której nawet powieka nie drgnie. Ania – bohaterka.

Czy mogłam tych masek nie zakładać? Mogłam. Ale otoczenie lubi maski. Otoczenie woli, gdy pryszcz przykryty jest fluidowym kocykiem, a zmarszczka – wypełniona botoksem. Gdy czegoś nie widać, to trochę tak, jakby tego nie było. Nie trzeba się z tym mierzyć. To, co zamiecione pod dywan, nadal pod dywanem zalega. Nie zniknie w cudownych okolicznościach. Raczej usypie górkę, o którą kiedyś się potkniemy.

Potknęłam się. Teraz wszystko pęka. A co nie pęka, rozbijam sama, gołymi rękami. To bolesny zabieg. Żmudny i brudny. Ale konieczny. Chcę, za jakiś czas, niedługo, obejrzeć się za siebie i zobaczyć, jak daleko doszłam.