Zatrzymałam się dziś na chwilę. Położyłam dłoń na przeponie. Poczułam swój oddech. Wciąż mi towarzyszy. Jestem za to wdzięczna. Mała rzecz, a cieszy. Zdecydowanie za mało uwagi poświęcałam oddechowi. Dziś doceniam go, swojego najlepszego przyjaciela.

W ten czwartek mocno się na nim skupię. Będziemy tylko my: ja i on. Jak zawsze przy badaniach kontrolnych. Oddech to moja baza. Bezpieczna przystań. Moje uziemienie. Dłoń na brzuchu i znowu wiem, gdzie jestem. Jestem tu. Nie w przeszłości, nie w przyszłości. Jestem tu i teraz. Świadoma bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej.

Boję się. To oczywiste. Ten lęk i niepewność stały się częścią mnie. Uczę się z tym żyć. Już wiem, że zaprzeczanie tym uczuciom nie pomaga. Pomaga akceptacja, nazwanie ich, przytulenie, zaopiekowanie się nimi. Wyparcie było dobre na początku, sprzyjało mobilizacji sił, skupieniu na tym, co ważne. Teraz, dla mnie, o wiele bardziej potrzebne (co wcale nie znaczy, że łatwiejsze) jest przyjęcie rzeczy takimi, jakie są. Ciągła walka jest męcząca. Spala mnóstwo energii, wyczerpuje, nie pozostawia sił na to, by normalnie pożyć. Nie mam takiego ducha walki. Ale nie mam też ducha rezygnacji. Świat nie jest czarno-biały. Ma w sobie wszystkie kolory tęczy. I kolor nadziei. U mnie jest on bardzo nieśmiały, często przytłumiony, ledwo dostrzegalny. Ale jest, więc go pielęgnuję. A gdy nie mam sił, są tacy, którzy pielęgnują go dla mnie.

I to jest piękne.

Gdybyśmy wszyscy mieli wszystko, nikt nikomu nie byłby potrzebny.