Dokładnie rok temu spędziłam pierwszą noc w szpitalu. Centrum Onkologii. Ależ byłam wtedy roztrzęsiona, zahukana, przerażona. Miałam poczucie, jakby to wszystko było jedną wielką pomyłką. Unikałam ludzi. Każda pacjentka z dłuższym stażem chorowania próbowała mnie diagnozować. A ja im wszystkim mówiłam, że to jakieś nieporozumienie. Śmieszyły mnie wywiady lekarskie i moje negacje przy każdym pytaniu: czy gorączkowałam, czy w rodzinie nowotwór, czy skóra swędziała, czy paliłam czy cokolwiek. NIE. Dlaczego więc miałabym zachorować?

A jednak.

I dopadło mnie wyliczanie. To już rok tej niebywałej przygody. Czas szybko mija. W zeszłym roku spędziłam w szpitalu 102 dni. Nie napiszę, że „zleciało”. Bo tak nie było. Aktywnie w tym wszystkim uczestniczyłam. Świadomie. Nawet jeśli uciekałam, udawałam, że mnie to nie dotyczy, to robiłam to świadomie. Chroniąc siebie przed nadmiarem stresu. Z czasem człowiek uczy się odpuszczać. Co nie ma niczego wspólnego ze zobojętnieniem. Wręcz przeciwnie. Odpuszczam to, co niszczy. Tworzę miejsce temu, co buduje. To ciężka praca. I cholernie warta wysiłku.

Liczę dalej.

Mam za sobą 2 cykle ABVD, 2 cykle BEACOPPu eskalowanego i 1 cykl standardowego BEACOPPu. Do końca leczenia pozostały jeszcze maksymalnie trzy dawki BEACOPPu. Ewentualnie radioterapia (albo, jeśli się uda, protonoterapia)

I nagle mnie olśniło: jestem już bliżej końca niż dalej. Dam radę. Niedługo, tak jak miesiąc temu Ewa, wyjdę z Instytutu. Po raz ostatni. Już będzie po wszystkim. Będę kroczyła tym korytarzem powoli. Prawdopodobnie się wzruszę. Fakt pojawienia się łez w oczach obrócę w żart. Inni będą na mnie obserwować. Odprowadzać wzrokiem. Będę dla nich dowodem, symbolem nadziei. Takim, jakim dla mnie jest Ewa. I wyjdę.

Tam zmierzam. Idę, wspinam się, pokonuję maraton połączony z biegiem przez płotki. Z podpiętą kroplówką, o którą czasem się potykam (wyglądam przy tym przekomicznie). Patrzę w dół i dostrzegam podeptane białe flagi. Żadnej z nich nie podnoszę. Nie przydadzą się, nie planuję się poddać. Już przecież widzę metę.

Będzie dobrze.

ps. A jak już dobiegnę to usiądę na tronie. Dziś były pierwsze przymiarki. Rewelacyjne uczucie! :)

DSCN4154