Są chwile, kiedy jest mi tak źle, że nic, tylko siąść i płakać. Wyć. Dać solidny upust emocjom. Wypuścić je z klatki. To ta chwila.

Podobno płacz w towarzystwie przynosi większą ulgę niż płacz w samotności (Regina Brett, Bóg nigdy nie mruga). Tymczasem otoczenie nie daje przyzwolenia na płacz. Niezręcznie jest płakać przy świadkach i niezręcznie jest być świadkiem czyichś łez. Nietaktem jest stawiać kogoś w niezręcznej sytuacji, więc łzy staramy się ukryć. Za punkt honoru stawiamy sobie powstrzymanie kogoś przed płaczem przy nas.

Tak nas wychowano. Nie płacz Ewka. Jesteś już duża. Ale z ciebie beksa lala. Weź przykład z Kubusia, on nie płacze. Zobacz, zobacz, samolot leci! Chodź szybciutko, kupię ci zabawkę, tylko już przestań się mazać. Taktowne jest za to klepanie, niczym litanii, że „będzie dobrze, będzie dobrze, musi być dobrze”.

Takie słowa nie dają mi ukojenia. Nie podnoszą mnie na duchu. Gaszą mnie. Miażdżą. Zamykają drogę do otwartego mówienia o emocjach, które realnie przeżywam. Budują dystans. I wzmagają poczucie osamotnienia. Bo wcale nie musi być dobrze. Bo nie jest prawdą, że jestem za młoda, by umrzeć. Nikt takich gwarancji nie może mi dać.

Wycofuję się więc z relacji, których pragnę, których potrzebuję, by czuć, że nie tylko dla siebie żyję. Zamykam się w sobie, w swojej bezpiecznej jaskini. Takie wycofanie chroni przed bolesnym poczuciem niezrozumienia. Wycofuję się. I tęsknię.

Nie mam pojęcia, jaką siłę trzeba w sobie mieć, by towarzyszyć komuś w chorobie nowotworowej. Nie wiem, jak ja bym sobie poradziła, gdyby to nie chodziło o mnie, tylko o kogoś innego.

Moim doświadczeniem było zachorowanie, na które nikt mnie nie przygotował. To mój pierwszy, oby ostatni, raz. Ogromny wysiłek wkładałam i wciąż wkładam w to, by radzić sobie z tym, co mi się w życiu dzieje. I potrzebuję w tym pomocy, wsparcia, obecności, zrozumienia, cierpliwości. Nie jestem bohaterką, nie chcę nią być.

Peter Gabriel, My body is a cage