Zdarza się, że ktoś obok Ciebie znajduje się nagle w sytuacji zaskakującej, trudnej. Bo spłonęło mieszkanie, bo rozwód, bo utrata pracy, bo ciężka choroba…

Być może oddalasz się od tej osoby. Wolisz nie widzieć, nie angażować się. Nie chcesz ryzykować, bo a nuż pech do ciebie się przylepi. Często też uznajesz, że jest to taka skomplikowana sytuacja, że nie wiesz co powiedzieć (choć ogólnie jesteś bardzo gadatliwą osobą). I nie mówisz nic. Odchodzisz. Rozmawiasz ze wszystkimi innymi. A jeszcze do nie dawna bliska ci osoba widzi to. Widzi ciebie szczęśliwego w otoczeniu innych osób. I patrzy z tęsknotą. Też chciałaby normalnie żyć. Wśród ludzi, którzy rozumieją. Ale nie. Oto zostaje odrzucona przez społeczność, która uznaje w swojej małostkowości, bezradności, tchórzostwie, wygodzie, że trzeba się wycofać. Przyjaźń na dobrą pogodę. Partner na dobrą pogodę. I rodzina, z którą dobrze wychodzi się na zdjęciach. Gdzieś tam tłumaczysz sobie, że są inni, którzy pomogą. Doświadczenie pokazuje mi jednak, że inni często myślą tak jak ty. I tak jak ty odchodzą. Kłócisz się teraz ze mną w myślach? Nie odchodzisz? Jesteś?

A być może, w tej samej sytuacji, zachowujesz się zupełnie inaczej. Postanawiasz działać. Chcesz pomóc i dlatego bierzesz sprawy w swoje ręce. Wspierasz psychicznie. Po prostu jesteś. Tak, jak zawsze byłaś, byłeś. Albo tak, jak nigdy ciebie nie było ale właśnie zrozumiałeś, zrozumiałaś, że jednak chcesz być. I jesteś.

Być może wchodzisz na jeszcze wyższy szczebel. Przejmujesz inicjatywę, dowodzisz. Dostrzegasz potrzebę i wiesz, że chcesz pomóc. Angażujesz się w akcje, których nigdy nawet nie wspierałeś, wspierałaś. Co więcej, stajesz się prowodyrem takich akcji. Sam, sama nie dasz rady, ale wierzysz, że z pomocą innych uzbierasz niebotyczną kwotę na leczenie, na odbudowę domu. Płoniesz i chcesz do pomocy zapalić innych. Z entuzjazmem, ogromną energią ruszasz na podbój świata. W słusznej sprawie. Widzisz człowieka w potrzebie i masz pomysł, jak ulżyć, jak odciążyć, jak być odpowiedzialnym. I szukasz ludzi, którzy dołączą do Twojej armii. Znajdujesz. I jest to piękne.

Znajdą się też tacy, którzy nie wesprą. I mają do tego prawo. Przykre natomiast jest to, że część z nich da sobie jednocześnie prawo do wzmożonej kontroli osoby, która być może otrzyma wsparcie finansowe. Wchodzą w rolę bacznych obserwatorów. Audytorów życia osoby, której to życie właśnie wali się na łeb, na szyję. Prokuratorów oskarżających o nadużycie sytuacji. Oskarżających o próbę wzbogacenia się na swojej chorobie, na chorobie kogoś bliskiego czy na innej „tragedii życiowej”. Oskarżających o kradzież, o niewłaściwe wydatkowanie pieniędzy. I osoba, której to chciałeś, chciałaś pomóc zostaje napiętnowana. Żyje w lęku wywołanym przez tych audytorów i prokuratorów. Boi się żyć normalnie. Od teraz idąc do sklepu będzie się nawet bała włożyć do koszyka cokolwiek poza chlebem, masłem i twarogiem. Już nigdy nie pójdzie do żadnej restauracji. Ani do kina. I przez najbliższych kilka lat nie kupi zimowej kurtki, będzie chodzić w wytartej. Bo przecież NIE NA TO dostała pieniądze. A ONI patrzą.

A prawda jest taka, że te pieniądze są wydatkowane słusznie. Są bardzo wnikliwie kontrolowane przez Fundacje, przez której konto przepływają. Warunkiem zwrotu poniesionych kosztów (np. na leki) są faktury. A zwroty dokonywane są wyłącznie za zakup środków medycznych, za badania, ewentualnie za transport do placówki leczącej. Nie ma szansy iść za to na szalone zakupy ubraniowe. Nie ma szansy kupić za to samochód. Ani pojechać na wczasy pod gruszą czy inną palmą.

Można być malutkim człowiekiem. Małostkowym. Można uważać, że jak ktoś jest chory to ma siedzieć w domu i wyglądać źle, mizernie, biednie. Że już ma się nie uśmiechać. To wszystko oczywiście w oczekiwaniu na śmierć.

Można się czasem bardzo mylić.

Ale można też chcieć pomóc, zupełnie bezinteresownie, bez wchodzenia w rolę głównej księgowej.

*

Teraz już wyłącznie osobiście.

Są tacy, którzy chcą mi pomóc. Są tacy, którzy mi pomogli. I jestem za to wdzięczna.

Są tacy, którzy patrzą na mnie podejrzliwie. I przez to trudno jest mi jakąkolwiek pomoc przyjąć. I przez to odmawiam teraz, gdy ktoś chce coś dla mnie zrobić. Zaczynam się bać, że będę obserwowana na każdym kroku. I pisząc to teraz dociera do mnie, że na swój sposób zgodziłam się na to. Bo tworząc bloga zaprosiłam wiele osób do swojego życia. Ale czy to daje komukolwiek prawo do oceny mnie?

Nie mam siły udowadniać, że nie kradnę, że nie naciągam, że nie wykorzystuję swojego położenia. Emocjonalnie nie stać mnie na to. A znajdują się nagle osoby, które próbują wejść z butami w moje życie. Chcą rozliczać. Chcą mówić, co powinnam. Krytykują, gdy uznają, że coś robię źle. Ale gdy pytam, czy naprawdę chcieliby być na moim miejscu to zapada cisza. Gdy pytam, czy chcieliby mieć świadomość, że być może zostało im już tylko 5 lat życia, z czego 4 spędzą w szpitalu, zaczynają się wycofywać. Gdy chcę zadać kolejne pytanie widzę, że już nikogo obok mnie nie ma.

Eldo, Mędrcy z kosmosu

Zaufanie. Wychodzi z mody?

Zrozumienie. Stać nas na to?

Empatia. Trudne słowo?

*

Tikuska. Oszustka i złodziejka?

Tikuska the Burglar - Invigorating Me Blog - Borderless